RSS
wtorek, 31 stycznia 2006
wreszcie wracamy do pisania

Kochani moi!

Ku mojej niezwykłej radości przed chwilą wysiadły nam korki, co ucięło połączenie z internetem, co daje mi wolny czas, który wykorzystam celem napisania Wam maila. Albowiem (ćwiczę naszą piękną polską mowę, a co) zostałam wydesygnowana do bycia narratorem tego odcinka, a dlaczego, już spieszę Wam wyjaśnić.

System Eliminacji Studentów Jest Aktywny, moi drodzy!

To piękne zjawisko zawitało również do słonecznej Hiszpanii. Od mojego przyjazdu tu (czyli od 13 stycznia, czyli już strasznie długo, ojej…) destrukcyjny wpływ sesji na życie studentów daje się zaobserwować wszędzie.

Niektórzy nasi znajomi (tutaj pominę łaskawie nazwiska, bo i po co robić komuś wstyd) wpadli już w absolutny szał. Nie wychodzą na miasto, nie partycypują w życiu kulturalnym, na uczelni za to widuje się ich non stop, bo albo na zajęciach, albo w bibliotece (ale już o wspólnym wypiciu kawy nie ma mowy). Jednym słowem, jak to określił mój brat, KRETOWISKO – siedzą i ryją.

W naszym radosnym mieszkanku (nie mylić z moim magicznym domem, w którym to wszystko się zdarzyć może) nie jest jeszcze tak źle. Marta z Kamą, owszem, uczą się, podłoga salonu jest malowniczo pokryta papierami wszelakimi (tu dygresja: Kama dostaje fascynujące skrypty. W jednym, choć to literatura, na stronie pierwszej był schemat „jak się uczyć” z rysunkiem winogron (?), w drugim natomiast porywające ilustracje przedstawiające sceny z historii i to w rozdzielczości rzędu 10 na 14 pikseli. Tak nam się spodobały, że aż wiszą w salonie nad regałem.), spożycie kawy i herbaty przekroczyło średnią turecko-angielską… ale nie popadają nam dziewczęta w przesadę, i pogadać z nimi można, i film obejrzeć, i czasem, gdy ktoś do nas wpadnie, mówi „o, jak u was, miło, tak normalnie!”

A co ja w tym wszystkim robię? No, tu dochodzimy do tej humorystycznej części historii. Otóż ja, pod pretekstem odwiedzin brata, odmówiłam całkowicie przyjęcia do wiadomości, że sesja wkrótce. Kupiłam bono turístico (takie sprytne dydeczko dające wstęp do 7 największych atrakcji Granady, prawo do 9 przejazdów autobusem miejskim i 24 godzin korzystania z busu turystycznego) i postanowiłam zwiedzać. Tutaj oszczędzę Wam szczegółów, bo to każdy musi zobaczyć na własne oczy. Ważne są konsekwencje mojego radosnego wyczynu.

Było to tak: postanowiłam mimo wszystko zebrać dane co do tego, kiedy i z czego mam egzaminy – ot, profilaktycznie. I udało mi się już zgromadzić te informacje dla pięciu z sześciu przedmiotów. Brakowało tylko arabskiego. Poszłam więc w pewną piękna, słoneczną środę na mój piękny, betonowy wydział. Na drugie zajęcia, bo lenguę na 8:30 zignorowałam. Wpadam, lekko spóźniona, do sali, spodziewając się zajęć z arabskiego. A tam…
Cisza jak makiem zasiał. Stoliki dziwnie poustawiane. Skupienie na twarzach. Dopadam pierwszego z brzegu Hiszpana i pytam: „co jest” a on mi na to: „egzamin”. Cóż było robić? Siadłam i napisałam, dając upust swojej totalnej niewiedzy i myśląc o podręczniku, którego kserokopia leżała tymczasem na regale w salonie i czekała, aż siądę do gruntownej powtórko-nauki (i jedyne, co mogło mnie uratować, to mój sokoli wzrok i wiedza otoczenia. Zobaczymy.)

Ale nie myślcie sobie, że to koniec! Miałam bowiem drugi, znakomity plan. Zdobyłam zestaw notatek z lenguy, skserowałam i w kolejną, ostatnią środę chciałam pójść na zajęcia i wymienić je na literaturę (bo to kolejny przedmiot-kobyła i nie docierałam na wszystkie zajęcia). Tak się jednak złożyło, że dotarłam dopiero na trzecie zajęcia (bo wcześniej był arabski, a po co chodzić po egzaminie?), których… nie było. Bo profesor chory. Więc ani nie oddałam notatek, ani nie wysępiłam nowych, bo nikogo ze znajomych już nie było (a czy to moja wina, że się kwadransik spóźniłam?). Niby nic strasznego, ale znaczyło to, że – jako że czwartek to ostatni dzień zajęć, a nikt nieproszony nie nosi przy sobie 50 stron notatek z literatury – zostanę bez pomocy naukowych, bez znajomości zagadnień nawet, z biblioteką czynną tylko w piątek i egzaminem w poniedziałek rano.

Fajnie, nie?

Okazuje się jednak, że Opatrzność czuwa nad ludźmi zorganizowanymi inaczej: pani od literatury ogłosiła dziś, że mamy jednak zajęcia w piątek, bo jesteśmy do tyłu z materiałem, więc mam okazję zdobyć notatki mimo wszystko, a poza tym grupa się zbuntowała i przenosimy egzamin na poniedziałek, owszem, ale 6.02. Alleluja!

W tej sytuacji nie dziwi was chyba, że, podczas gdy wszyscy wokół dzielnie się uczą, ja siedzę i pisze maila, nieprawdaż?

Co by Wam jeszcze…? Może Was podenerwuję. Otóż – wiemy to z całej masy źródeł, bo wszyscy się nam chwalą i/lub żalą – w Polsce jest chyba raczej chłodno. Ostatnie doniesienia mówiły o rekordzie -30, nieprawdaż? A my tymczasem przy śniadaniu oglądamy w wiadomościach nieszczęśliwych Hiszpanów z prowincji, którzy nie wiedzą, gdzie się podziać, bo im w nocy -3 (tak, TRZY) stopnie trzasnęło. Bidulki!

Że pomarańcze dojrzały, to już wiecie zapewne. A wiecie, że na straganach sprzedają truskawki i czereśnie? Niby te drugie po 7 euro za kilogram, ale w końcu mamy styczeń, więc nie wymagajmy zbyt wiele.

I tym optymistycznym akcentem zakończę. Wiem, że przyzwyczaiłyśmy Was do trochę dłuższych maili, ale po pierwsze, jeszcze dziewczyny coś zaraz dopiszą, a po drugie… jest sesja, więc nie wiem, czy macie czas dużo czytać.

Buziaki,

aga (bardziej wredna niż zazwyczaj)

PS. Jednak literatura jest w poniedziałek, ojej ojej, uczyć się muszę. Błe…

PS. 2. Kochani, cyrk stulecia. Na OKŁADCE dzisiejszego (sobota) El País, czyli najważniejszej gazety hiszpańskiej, doniesienia o katastrofalnych śniegach i mrozach i dramatyczne zdjęcie jeepa zasuwającego lekko oprószoną szosą. I aż sprawdziłam w artykule, ile to tego potwornego śniegu napadało. Otóż… 2 CENTYMETRY w 24 godziny!! I jest stan alarmowy w 14 comunidades (w tym w naszej Andaluzji), bo może padać również w niedzielę! I co my biedne poczniemy? A jak nam te dwa centymetry drzwi i okna zasypią? Olaboga…

Tu Oleksiak,

Rzeczywiście w jednym z „pakietów naukowych” przesłanych mi przez panią profesor od liter. Latynoamerykańskiej, nota bene o niezwykle interesującym imieniu i nazwisku Izquierda Roja (Lewica czerwona), na pierwszym planie widniała wielka kiść winogron, takich zielonych i soczystych. Nie doczytałam czy zjedzenie akurat zielonych winogron wpływa na umysł w takim samym stopniu jak np. lecytyna, ale zdecydowanie pani profesor chciała zaznaczyć, że wskazane jest spożywanie ich w celu uzyskania dobrych efektów w nauce…zobaczymy…egzamin miałam, ale o winogronach zapomniałamJ

Niestety to by było na tyle. Umieram, bowiem od ilości książek i notatek do przeczytania i naumiania. Jednakże kilka nowych anegdotek do opowiedzenia mamy, wiec kolejny mail będzie bardziej urozmaicony w przygody i obserwacje hiszpańskiego społeczeństwa…będzie się działo.

Ściskam bardzo mocno i dołączam kilka zdjęć, byście nasza galerie na ścianie zobaczyli i drzewka pomarańczoweJ

Buziak, kam

Halo, halo, strasznie nudna i długa ta sesja, i jest jakaś dziwna pora roku na dodatek. Koło dziesiątej jest wiosna, potem słonce świeci tak bardzo, że praktycznie lato, a w nocy pizga i śnieg leży na drzewkach pomarańczowych. Głupi słownik podkreślił mi powszechnie znane i używane słowo „pizgać”. Znowu. Hem.

Caluję was wszystkich bardzo i wracam do komedii magicznej brrrrrrrrrrrrrr,

marta

19:19, modzelewskaa
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 grudnia 2005
Święta?
Kochani!
jako że jesteśmy wszystkie w domach, wątpię, żeby ktokolwiek tu zaglądał. ale tak tylko dla porządku i żeby rdza nam strony nie przeżarła, życzę Wam... no, właśnie, w imieniu nas 3, Wam życzę.

a.
21:55, modzelewskaa
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 grudnia 2005
brzydkie slowa...

Kochani!!

Uniwersytet nasz drogi zmienil zasady wpuszczania do sali komputerowej w taki sposob, ze Ci, co jeszcze nie zaplacili wszystkiego za studia, nie moga wejsc. Szkoda ogromna, ze w tej grupie jestem miedzy innymi ja. A ze w kafejkach, z niewyjasnionych przyczyn, ten blog odmawia wspolpracy, nowy wpis bedzie umieszczony potem. Po czem? Prawdopodobnie po 7 grudnia, kiedy to uiszcze druga rate za edukacje.

Choc z drugiej strony radze zagladac tutaj wczesniej, bo nie poddaje sie i bede walczyc. Kto wie...

Wasza lekko poirytowana aga

18:15, modzelewskaa
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 21 listopada 2005
mail poetycki czesc Puci czyli ostatnia

Pada, kropi, wieje, mokro,

Dziurę w bucie mam okropną,

Lecz na szczęście dzięki Naćce

Przyszły mi skarpetki w paczce.

 

Proszek, woda, wirowanie,

Chciałam zrobić sobie pranie,

Pozbierałam swoje, Kamy,

Agi, wszystko. Zaczynamy.

 

Lazur, chaber, dżem śliwkowy,

Bluza kolor ma smerfowy,

Efekt taki tego prania:

Zniebieściło nam ubrania.

 

Mokro, wieje, kropi, pada,

Coś jesienna ta Granada,

Wiec choć efekt humoreski,

Niebieski, niebieski, niebieski, niebieski.

 

Ciasto, ciastko, czekolada,

Stary temat, znów Granada

Też rozwinę limerykiem,

Już zmęczyłam się wierszykiem.

 

Są trzy Polki gdzieś w Sierra Nevada,

Którym rzec tu na koniec wypada,

Źe nie ma jak w domu,

Nie mówcie nikomu,

Że je często tęsknica dopada.

 

Dramat, siniak, znowu zguba,

Żegnam czule, wasza Ruda

13:23, modzelewskaa
Link Dodaj komentarz »
mail poetycki czesc druga czyli moja czyli agi

Kamy głowa faktycznie chyba nie jest całkiem sprawna

Choć z drugiej strony to fakt znany od dawna,

Że nasz Oleksiak od szaleństw nie stroni

(i co tydzień inny facet za nią goni).

Lecz już kończę te wycieczki osobiste,

Choć intencje jak najbardziej miałam czyste.

 

Dość, że fakt, Granada poetycko nas nastraja

I nieprawdą jest, że robimy z Was sobie jaja.

Każdy tu zaświadczy, Polak, Hiszpan czy Sardyjka

Że dopadła nas mała mania, czyli „manijka”

I gotować szczerze zapragnęłyśmy,

A, by za łatwo nie było, placki na tapetę wzięłyśmy.

Przy okazji mocnych wrażeń było co niemiara

I poznałyśmy, że najważniejsza jest w przyjaciół wiara,

Bowiem, gdy ci olej gorący zapłonie w ręku

To najlepiej, mimo obezwładniającego lęku,

Wszystkie grzeszki wybaczyć przyjaciółce drogiej

I się modlić, żeby ugasł przepotworny ogień,

A na sercu jest ci lekko i przyjemnie,

Bo wiesz, ze przebaczenie i przyjaźń są wzajemne.

 

Tak oto więzy umacniałyśmy przy plackach,

Lecz już nowy kłopot zbliżał się znienacka.

Żeby go opisać, formę wiersza jednak zmienię,

Bo dla histori monotonia zgubna jest szalenie,

Tak więc treści nowe ubiorę w podwójny limeryk,

A robię to, skromność na bok, nie bez kozery,

Bowiem wiedzą o tym liczni na Browarnej

Że ten rodzaj wiersza idzie mi całkiem fajnie:

Była raz pewna – w Granadzie – Agnieszka

Co myślała: „Ech, tu to się świetnie mieszka;

Zimno nie jest tu nigdy,

A jeśli, to mróz ohydny

Trzyma się z daleka od mieszkań.”

Przeliczyła się owa panna w Granadzie

I gdy zrobiło się 10 stopni na dzień!

Dwa niedźwiedzie polarne

I pingwiny (koszmarne!)

W jej pokoju siedziały w gromadzie.

13:22, modzelewskaa
Link Dodaj komentarz »
mail poetycki czesc pierwsza mocno spozniona

Halo, halo Granada wita Warszawe serdecznie,

Za którą będziemy na pewno wszystkie tęsknic wiecznie,

Przyczyny niepisania naszego są różne… nie tylko picie,

Lecz pewna jestem,ze nam to szybko wybaczycie.

 

Życie jak plynęło tak płynie nam spokojnie,

Dni spędzamy nerwowo, wieczory upojnie,

Imprezy i alkohol rzuciłysmy z różnych powodów,

Lecz głównie po to by nie dostać żoładka wrzodów.

 

Uczymy się wszystkie pilnie,

Lecz nie tak jak Mickiewicz w Wilnie[1],

Ukulturalniać się staramy, nawet widziałysmy Lorki sztukę

Jednak sporo nadrobić musimy, by zapełnić powstałą w mózgu lukę,

 

„8 ½” Felliniego też nam do mózgo-archiwum przybyło,

Mimo że w sali miejsc na nogi nie było.

A jakoże muzykę wszelaką też bardzo kochamy,

Dziś posluchac gospel, by night, się wybieramy,

 

Niestety klimat jak w kalejdoskopie się zmienia,

Dlatego głowy nasze czapek już wymagają noszenia.

Rano pięć warstw włożyć na siebie trzeba by na wydział zapierdalać,

Jednak już od południa  w pełnym słońcu nago można się opalać.

 

Kulinarnie rozwijać się staramy,

Głównie tyczy się to mnie, Kamy.

Aga pod skrzydła mnie swe wzięła, to nie drwiny!

Z kuchni raz głośno ryknęła: „Oleksiak, placki robimy!”.

 

 

Puci nasza mała wnet reklamą się zajęła,

I do domu  naszego gości tłum ściągnęła.

 Ja ziemniaki trąc palce swe utarłam sycząc „oj, jak strasznie boli!”

Jednak Puci powiada mądrze: „do wesela się zagoi!”

 

„Pyszne, bien bądź mittico!” krzyczeli wszyscy w nieboglosy,

Doceniając,że Modzelowi ognia  płomień spalił z lekka włosy.

Jednak zapału Agnieszce bynajmniej to nie odebrało,

I pierogów robienia dziewczynom od razu się zachciało.

 

Co mi się stało myślicie, wierszem do nas pisze…Niech ją szlag,

Nic, odpowiadam szczerze, Cyd mnie natchnął od tak.

Poza tym mozg mi gorzej pracuje,bo jestem na diecie

Tłuszczem mój brzuch w mig obrosta co z resztą dobrze wiecie.

 

Za siebie się więc wzięłam i warzywka sote zjadam,

W manię wbiegania na wydział co drugi dzień też wpadam.

Także niedyspozycję umysłową wybaczcie mi oleeeee

Nalegam i na kolanach klęcząc krzyczę :”proszeeeee”.

 

Zdjęć dwa filmy dostalyśmy. Wreszcie nadeszła ta pora!,

Twarze Małej Puci, Wilczka, Julki, Mani i Filipa Lufciora,

Zerkają na nas - ich oblicza tak bardzo zatroskane,

Z których ust można wyczytać: „Wracajcie już kochane!”

 

Już niedługo się zobaczymy i proszę teraz o uwagę,

Z okazji naszego powrotu, na Przyrynku zrobić trzeba biesiadęJ,

Także szykujcie swe ciała na nocne rozmowy i bansy,

Czas przyjdzie także na tradycyjne romansy.

 

Żegna Was pijąca, tańcząca i intensywnie myśląca,

Troche roztrzepana lecz nie spanikowana.

Skończyły mi się już rymy kurka wodna

Caluję Więc i ściskam, Kama Modna



[1] Filip Luft

13:22, modzelewskaa
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 listopada 2005
okazyjnie :>

po piersze, postepujaca w tym kraju hispanizacja sprawila, ze na smierc zapomnialam o dzisiejszym swiecie, badz co badz, polskim i narodowym. nie mam zamiaru bawic sie tutaj w glebokie rozwazania polityczne, ale chcialabym w imieniu swoim i Dziewczyn zyczyc Wam milego swieta, slodkiego lenistwa i zebyscie pomysleli czasem cieplo o emigrant(k)ach. bo my czasem o Was myslimy, serio serio.

:****

a po drugie, prosze Was o kampanie reklamowa dla naszego bloga. tzn po prostu po przyponajcie tym, co nas znaja, a moze maja skleroze (albo nie dostaja naszych maili, to tez niestety sie zdarza), ze cos takiego istnieje. a ja ze swojej strony obiecuje, ze postaram sie wrzucac od czasu do czasu cos fajnego i przy okazji innego, niz jest w samych mailach.

pozdrawiam Was patriotycznie

a.

12:18, modzelewskaa
Link Dodaj komentarz »
30.10.2005, czesc Rudej

Dzięki, Boska.

            Portugalia rzeczywiście robi wrażenie, wybrzeże ma takie, jakby może wgryzało się w ogromny tort urodzinowy. Marzenie. Jeno w kręgle byłam ostatnia, czyżby to znak nadchodzących zmian w życiu uczuciowym?

            Ale Hiszpania też ma swoje dobre strony, weźmy na przykład ot takie konto w banku. Niby nic, a cieszy. Szczególnie jak pełne. No i Oleksiak takie właśnie konto miała, ale miała też grypę i nie mogła ruszyć członków ze swojego mikrołóżka. Nieeeee, pomyślałam, niemożliwe, żeby pozwolili mi tam zajrzeć za okazaniem jej dowodu osobistego, a tu proszę. Podchodzisz do okienka, machasz pani kawałkiem plastiku z trudnym polskim nazwiskiem, a pani wielce szczęśliwa pokazuje ci zawartość czyjegoś konta, brakowało tylko, żeby  spytała, czy przypadkiem nie mam ochoty sobie jakiejś stóweczki  pożyczyć. Pilnujcie więc portfeli, jak wpadniecie w odwiedziny.

            Poza tym hiszpańskie życie, jak już wspomniałam, ale to temat rzeka i nie można tego zbyć jednym lakonicznym komentarzem, zdominowały narodziny infantki Leonor, tak, tak, ma na imię prawie tak jak płyn do zmiękczania tkanin, i wszystkich wydarzeń towarzyszących tym cudownym narodzinom, doprawdy, święty Aleksy odpada w przedbiegach (daj jej Panie, coby nie skończyła pod schodami). Biły dzwony, czas stanął w miejscu strzelały korki od szampana i sztuczne ognie, matki chrzestne zgromadziły się nad kołyską. Dziennikarze prześcigali się w analizach pierwszych macierzyńskich doznań książęcej pary. Księżna – rozwódka zmieniła nawet z tej okazji fryzurę i nosi się bez grzywki (wiadomość podana przez pierwszy kanał telewizji zaraz przed informacją o wybuchu bomby w Iraku). Jej strój też przeszedł ewolucję,(obszerne garsonki, róż jest w modzie!), i wyznacza nowe trendy wśród młodych matek, książę kupił nowy garnitur, a król na chwilę przestał bełkotać. Cuda, cuda. Sama już nie wiem co lepsze, dziecko nazwane od detergentu czy dwie kaczki dziwaczki.

            Przynajmniej pogoda jest rzeczywiście jak z prawdziwej bajki, słoneczko świeci jakby był maj i koleżanka Oleksiak strzaskała się na mahoń.

            Za górami, za lasami i żyli długo i szczęśliwie, pozdrawiam Was serdecznie i do zobaczenia w przyszłym odcinku.

            Całuję,

 

                                                     Puciłowska.

 

            Ps. Waży 3,5 kg, 46 cm, było cesarskie cięcie!

12:13, modzelewskaa
Link Dodaj komentarz »
30.10.2005 czesc Kamy

„London, Paris, Dachau, Portugalia, hasz i inne takie”

            Wyjechałyśmy w sobotę wieczorem. Oczywiście jak na nas przystało już w windzie zjeżdżając w dół (no bo przeciecz nie w gore)  przypomniałyśmy sobie, że zapomniałyśmy jednej z bardziej potrzebnych rzeczy wybierając się nad morze- czyli stroju kąpielowego/kostiumu/bikini. Dzięki refleksowi Puciłowskiej i mojemu szybkobiegowi szybko i cało wyszłyśmy z opresji.

W samochodzie czekali na nas (postać już nie raz pojawiająca się w naszych skromnych cotygodniowych relacjach )- cristobal - kurdupel i para- on: Borja (30 latek z krzywym zgryzem) i jego kobieta, ona: Marisa (wyjątkowa kretynka) (oj tak, tak, tak )- czy ja od zawsze mam problemy z akceptacja i tolerancja(?) (precz z tolerancją w tym wypadku)

Drogę do Osuny (małego pueblito /zadupia/-jakieś 40 km od Sevilli, gdzie spędziłyśmy pierwsza noc) umilały nam skręty  i jazz-flamenco wydobywający się z głośników. Krajobraz i płaskie, niczym plasterek jamon serrano (pyszna hiszpańska szynka) (jestem głodna…),drogi wywołały w naszych głowach wspomnienia ojczyzny. Widoki za oknem niebywale przypominały nam to Kaszubskie horyzonty, to Mazurskie zielenie , to  przedmieścia Trójmiasta, to Tatrzańskie wzniesienia. Oj, chyba jednak niewielka ilość chemii w naszych organizmach miała swój wpływ na tą, nie da się ukryć, zachwianą perspektywę oceny różnorodności terenu. Bądź co bądź, bez haszu czy z haszem widoki były naprawdę boskie.

Następnego dnia nasze auto zatrzymało swe koła w miejscowości Rosillo. Była tam nawet Virgen de Rosillo (dziewica z Rosillo),w sensie nie mieszkanka, tylko figurka. Miasteczko miało swój urok, bowiem ludzie tam poruszali się nie o własnych nogach, nie samochodami, lecz… konno. Wszystko przystosowane było pod owe zwierzęta. Począwszy od piasku (normalnie miasto – plaża) zamiast betonu na ziemi, poprzez specjalne deski przed barami do przywiązywania tych jakże oryginalnych środków lokomocji (by nie ukradli/uciekły?), nawet miejsca parkingowe (dla licznie przybywających tam turystów) służyły na co dzień jako wybieg, a w domach nie było garaży lecz kurka boksy! (CZEMU MNIE TAM NIE BYŁO??) Nie musze dodawać, ze „spaliny” tych „pojazdów” nie ulatniały się wraz z nadejściem mocniejszego podmuchu wiatru, lecz osiadały na lub pod powierzchnia piaseczku, co wprawiało wszystkich w lekkie zawroty głowy (w skrócie: śmierdzi). A mieszkańcy (wprawdzie może generalizuje, bo rozmawiałyśmy zaledwie z panem parkingowym, ale zawsze coś), chyba tez przejęli cos z koni, bo mówiąc nie otwierali ust i strasznie pluli. (faktycznie, konie, jak mówią, nie otwierają ust i plują. Nawet te, co mówią wyraźnie i ładną polszczyzną) (fuck u!) (no, pięknie się Pani przedstawiła przed tymi milionami słuchaczy :>).

Po wizycie w Mieście - Stajni dojechałyśmy do Islantilli. Nazwa może wydawać się trochę zwodnicza bo miejsce to nie miało w sobie nic z wyspy (isla- wyspa, „tilla” - sugeruje zdrobnienie). Po prostu zwykle miasteczko. 2 noce spędziłyśmy w mieszkaniu ciotki krzywozębego Borjy. Pierwsze popołudnie było powiem szczerze nieziemsko nudne, bo lało jak teraz na Jukatanie i pół dnia oglądaliśmy to „maskę - zorro” (z przerwami na nowe dziecko rodziny królewskiej. Książe szczęśliwy. Księżna zmęczona.), to w czasie reklam przełączaliśmy na „abuela de verano” /”Wakacyjna BabciaJ”/, to znów wracaliśmy do historii antoniego i Katarzyny. I tak w koło Macieju. Do zarzygania… (przepraszam) (nie szkodzi) Aż w końcu wpadliśmy na genialny pomysł pójścia do kina. Jednak małe miasteczka maja to do siebie, ze kinowe nowości dochodzą tam z lekkim opóźnieniem, tak więc nie skusił nas thriller z Ali McBeal w roli głównej (nikt nie chciał ze mną iść na horror, bo wszyscy się bali), a ciąg dalszy przygód Antoniego i Katarzyny na jeden dzień to zdecydowanie za dużo. tak wiec zadowoliliśmy się  typowo hiszpańską rozrywką - gra w kręgle.

Za to następny dzień pozostanie w naszej pamięci na długo. O świcie (koło 11:00) wyruszyliśmy do Portugalii (jak Kaczor już zdrowo namiesza, proponuje założyć komunę w okolicach Cabo San Vicente. Niebo. Uwierzcie.) Smak haszu w rzeczy samej urozmaicał nam podróż, jednak tym razem nie wywołał on w nas aż tak wielkich, jak ostatnio, skojarzeń z polska ziemia (kwestia przyzwyczajenia chyba). Cały dzień spędziliśmy na niebiańskiej plaży, ba nawet kilku plażach. Żółty piaseczek, lekki podmuch ciepłego, letniego wiatru, prażące słońce, wielkie fale. Brakowało tylko księcia, z którym w przypływie szczęścia, młodzieńczej radości i szaleństwa wskoczyłoby się do orzeźwiającej wody (i konia w galopie). No ale cóż zrobić kiedy luby w kraju wiecznych śniegów, wyjątkowo mroźnych zim, pysznych lodów, gdzie tanie linie nie dolatują… Skromnie więc podwinęłam nogawki, bez perwersji-tylko do kostek i bose stopki zanurzyłam samotnie w oceanie. Niewinnie obserwując horyzont wpadłam w zadumę kiedy nagle fala zalała mnie od pasa w dół. Subtelność ma na chwile poszła w zapomnienie, gdy potok wulgaryzmów w stronę wody wydobył się z moich ust.

Wszystko skończyło się bez interwencji portugalskich ratowników (nota bene niczego sobie). Jak teraz o tym myślę mogłam się więc trochę podtopić właściwie… Ale wracając do  widoków. Naprawdę plaże są przepiękne i moim zdaniem dużo ładniejsze od  hiszpańskich. Także jak tylko będziecie mieli możliwość, wsiadać w samolot i na portugalska plaże! Wcześniej tylko nas uprzędźcie, to pojedziemy razem!!!

Może oddam już pióro Tej Co Zatraciła Swa Narodowość, bo na pewno ma cos do dodania.

Tymczasem oj jak ja Was Wszystkich mocno całuję,

Oleksiak

12:13, modzelewskaa
Link Dodaj komentarz »
30.10.2005 czesc 3

Tyle obserwacji hiszpańskich na tego maila. I tyle chyba tego maila w ogóle, choć jeśli cokolwiek wydarzy się przed wysłaniem, na pewno Wam doniosę. Na razie żegnam się z Wami gorącym :********

 

aga

 

PS. Stanowczo problem obrażania uczuć religijnych jest dla mnie ostatnio motywem przewodnim. Historyjka: byłam otóż z koleżanką Julią i koleżanką jej współlokatorką Gosią (nie Grabarek) w Alcampo, czyli hiszpańskiej wersji Auchana.  Celem naszej wyprawy były szeroko rozumiane zakupy, a Julka szczególnie polowała na półkę, bo dwa lata w Hiszpanii robią swoje i książki wysypywały się jej z pokoju przy każdym otwarciu drzwi. Pominę tu opis czynienia zakupów, w tym gigantycznej głupawki w alejce z narzędziami (acz, ku pamięci potomnych: wiertarka to podstawowe narzędzie w każdym domu i idealny prezent dla każdego mężczyzny, kobiety i dziecka). Ważne, że Julka nabyła drogą kupna dwie półki zapakowane w podłużne pudła długości jakichś 170 cm i szerokości 20 na 30. i, po zapłaceniu, pojawił się drobny kłopot: jak przetransportować te cuda do domu? Niby daleko nie było, ale mimo wszystko…

Odrzucając więc pomysł skorzystania z dostawy do domu, oferowanej przez Alcampo (cena 30 euro, w porównaniu z 24 wydanymi na obie półki w sumie, wydała się Juce lekko wygórowana), oraz weselsza ideę ukradzenia wózka sklepowego (ech, głupie skrupuły), zarzuciłyśmy pudła na ramiona i w drogę.

Nie wiem, czy wiecie, ale kilkunastokilowego pudła nie da się nieść długo w jednej pozycji, bo to boli. Tak więc, przez całą drogę testowałyśmy różne style transportowania: a to „na drwala”, czyli pod pachą, a to „na dziecko”, czyli przed sobą, a to „na Machom drwala”, czyli na ramieniu… i tu właśnie dochodzimy do obrazy uczuć religijnych. Otóż, wymęczona jak nieboskie stworzenie, w pewnym momencie zarzuciłam sobie pudło na barki i złapałam je oburącz po bokach. Skutek? No cóż, mijani Hiszpanie, którzy akurat oddawali się botellonowi (patrz wcześniejsze maile), zamierali, patrzyli na mnie z głęboką fascynacją i (gdy już myślałam, że zaniemówili, porażeni moją urodą) wołali „Jesucristo! Jesucristo!”.

Pójdę do piekła? :>

12:12, modzelewskaa
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3